|
lut 25
2010
|
Stany Zjednoczone – trochę mniej znane oblicze krajuDodany przez: Anna Hudyka on Lut 25, 2010 |
USA większości Polaków kojarzy z G. Bush'em, Irakiem, wizami i do niedawna dolarami. Ale kraj ten ma także inne oblicze, które jest mniej znane. USA to różnorodność kulturowa, eleganckie miasta, a przede wszystkim piękne i dzikie parki narodowe z fascynującymi i prawdziwymi cudami natury.
5 VIII 2005 roku to data rozpoczęcia mojej wielkiej podróży po Stanach Zjednoczonych, do których przyleciałam tydzień wcześniej. Wszystko zaczęło się w słoneczny piątek około godziny 20.00, kiedy zaczęła się moja wycieczka po tym kraju. Wtedy to sprzed jednego z chicagowskich biur podroży nastąpił całonocny przejazd przez stany: Illinois, Wisconsin, Minnesota i południową Dakotę do Wyoming.
Jadąc, przekroczyliśmy niepisaną nigdzie granicę, która oddziela Wschód od Zachodu kraju - wielką rzekę Missisipi, która wraz ze swoim dopływem - Missouri - stanowiła w dawnych wiekach główny szlak komunikacyjny i transportowy w tym rejonie kraju. Po tych wodach swoje przygody przeżywał też Tomek Sawyer, którego ożywił w swoich książkach Mark Twain. Po całonocnej jeździe dotarliśmy do wspomnianej wyżej rzeki Missouri.
Przejeżdżaliśmy przez bezkresy prerii, na której w serialu "Domek na Prerii" żył wraz ze swoją rodziną niezapomniany Michael Landon. My wprawdzie sławnego "domku" nie zobaczyliśmy, ale za to, jadąc do jednego z parków narodowych, zatrzymaliśmy się, żeby zobaczyć, jak żyją pieski preriowe. I tak jechaliśmy przez prerię, aż dotarliśmy do Parku Narodowego Badlands, w którym znajdują się wielkie, niespotykane gdzie indziej skały, które przed milionami lat były przykryte wielkim morzem. Po zobaczeniu tego miejsca ruszyliśmy w dalszą drogę - do Black Hills. W tamtejszych skałach wykute są słynne popiersia prezydentów. Po drodze na parę chwil zatrzymaliśmy się w mieście Wall. Jest ono znane nawet w Europie z powodu, że akurat w tym okresie odbywa się tam zjazd Harleyowców. Black Hills nazywane są "Czarnymi Wzgórzami". Popiersia prezydentów mają po 16 metrów wysokości i robią niesamowite wrażenie. Przedstawiają one: George'a Washingtona - pierwszego prezydenta USA, Tomasa Jeffersona, mającego udział w pisaniu Deklaracji Niepodległości, Abrahama Lincolna, który zniósł niewolnictwo, za co został zastrzelony w teatrze, oraz Teodora Roosevelta - wielkiego przyjaciela przyrody.
Niedaleko od "Głów" jest budowana w skale kolejna rzeźba - tzw. "Crazy Hourse" (Szalony Koń). Co ciekawe, rzeźbę zaprojektował Polak Ziółkowski, którego pseudonimem jest nazwisko Korczak. Dziś całość projektu prowadzi jego córka. W tym miejscu ma też powstać uniwersytet i cały kompleks dla ludzi, zwłaszcza Indian. Co ważne, pomnik jest budowany całkowicie za pieniądze Indian i z tego, co zostawiają turyści. Pierwsi mieszkańcy tego kraju nie chcą, aby "biali" im pomagali, mimo że rząd USA wysuwał propozycje pomocy. Pomnik ten jest też odpowiedzią na "prezydenckie głowy". Jest tak, ponieważ zostały one zrobione na ziemi należącej do Indian i są nazywane miejscem demokracji. Sam Crazy Hourse był postacią autentyczną - wojownikiem należącym do plemienia Siuksów. Góry Skaliste, w których są pomniki, mają wysokość ponad 3 tys. metrów i rozdzielają Pacyfik od Atlantyku. Powstały w erze mezozozoicznej 500-600 mln lat temu. W większości są to dolomity i wapienie. W ten to sposób skończył się pierwszy dzień wycieczki. Nazajutrz czekał nas słynny Park Narodowy Yellowstone. Tutaj obserwowaliśmy gejzery, czyli gorące źródła. Był wśród nich potężny Old Faithful, którego wybuch następuje mniej więcej co godzinę. Zobaczyliśmy też rzekę Yellowstone wraz z jej wielkim kanionem. Wspaniale, potężne góry, roślinność i ilość zwierząt tam żyjących jest zdumiewająca. Nam udało się zobaczyć: bizony, jelenie i sarny. Zachwycającym widokiem było stado bizonów, które liczyło na pewno ponad 100 sztuk.
Następny dzień wycieczki to przejazd przez: Idaho, Nevadę i Utah do gorącej Kalifornii. W trakcie przejazdu byliśmy w Salt Like City, które jest stolica stanu Utah. Miasto zostało założone przez Mormonów i tu znajduje się ich główna świątynia oraz muzeum. O Salt Like City mówi się też, że jest to miasto mew. Ich pomniki są widoczne niemal na każdym kroku. Jest tak, dlatego, ponieważ właśnie te ptaki ocaliły uprawy pierwszych osadników przed szarańczą.
Kolejnym miejscem, które w tym dniu odwiedziliśmy był to słynny Tor Wyścigowy Bonneville na Wielkim Jeziorze Słonym. Samo Wielkie Jezioro ciągnie się przez wiele kilometrów i jest w ogromnej części wyschnięte. Przez tereny te przechodziła pierwsza linia kolejowa ze Wschodu na Zachód - od San Francisco do Marocha w Nebrasce. Na nocleg dojechaliśmy do miasta Reno, które jest nazywane "największym małym miastem". W rzeczywistości jest to drugie co do wielkości miasto hazardu w Nevadzie. Kolejnego dnia czekało nas San Francisco
Jadąc tam przejeżdżaliśmy przez jedno z pasm Gór Skalistych - słynne Sierra Nevada. Stolica stanu to Sacramento, przez które też przejeżdżaliśmy. San Francisco leży na półwyspie i w XVI/XVII wieku była to misja. Zresztą nie tylko tam, bo w całej Kalifornii widać wpływ kultury hiszpańskiej. Samo miasto robi wspaniale wrażenie: klimat śródziemnomorski, świetliste i przejrzyste lasy z mirtami, cyprysami i piniami, a wzdłuż autostrad rosną oleandry. Nowoczesne budynki, wieżowce, porządek i czysto. O San Francisco mówi się, że jest najładniejszym miastem w Stanach Zjednoczonych i ja się z tym zgadzam.
My najpierw przejechaliśmy słynnym mostem Golden Gate Bridge, którego długość to 1,3 mili. Następnie płynęliśmy statkiem po Zatoce San Francisco opływając wyspę Alcatraz, na której znajdowało się najcięższe więzienie w Stanach Zjednoczonych, w którym przebywał Al Capone. Dziś więzienie jest zamknięte. My, przepływając obok niego słyszeliśmy krzyczące głośno mewy. Ich głosy powodują, ze można poczuć coś, co ja nazywam "duchem historii". Teraz to ich domem jest to jedno z najpotężniejszych kiedyś więzień w historii... Przepływając koło tego miejsca zastanawiałam się, czy z tym miejscem jest związana jakaś romantyczna historia.
Po rejsie czekały nas inne zakątki tego miasta, które zwiedzaliśmy już pieszo. Byliśmy na najbardziej krętej ulicy świata i w dzielnicy finansowej. Idąc po krętej ulicy nasunęło mi się porównanie do Placu Hiszpańskiego w Rzymie. Ten sam styl architektoniczny budynków, tak samo ukwiecone i w Rzymie schody, a tu stroma ulica. Później zjedliśmy obiad w Chinatown i ruszyliśmy w dalszą drogę do "Miasta Aniołów", czyli Los Angeles, które podobnie, jak San Francisco w XVI i XVII było misją. Podróż rozpoczęliśmy następnego dnia. Najpierw przejechaliśmy malowniczą drogą do Parku Narodowego Yosemite, który jest położony w Górach Sierra Nevada, a wzdłuż drogi wije się rzeka Marc. Park, który mieliśmy zobaczyć, znany jest z najpiękniejszych dolin polodowcowych, oraz 2 wodospadów: Welonu Panny Młodej i Yosemite. Ten drugi w sierpniu przestaje istnieć. Na terenie Parku jeszcze 15 tys. lat temu były ogromne lodowce. Później udaliśmy się do kolejnego miejsca, do którego mieliśmy dotrzeć, aby zobaczyć sekwoje, największe drzewa świata, których rozpiętość korzeni dochodzi do 50 metrów, a wiek do 3 tys. lat. Drzewa te mają też w sobie pewną substancję, która powoduje, że w razie pożaru mogą się same obronić przed ogniem.
To właśnie miejsce było ostatnim, które zobaczyliśmy tego dnia. Na nocleg dotarliśmy do Miasta Aniołów, a dokładnie do samego serca światowej stolicy kina - Hollywood, które stanowi w zasadzie odrębne miasto. Następnego dnia wczesnym rankiem zaczęliśmy zwiedzanie.
Najpierw przeszliśmy słynnym Trotuarem Gwiazd z odciskami dłoni największych gwiazd i zdobywców Oscarów nieopodal którego stoi Chineese Theatre. Byliśmy w Kodak Theatre, w którym są wręczane Oscary, jak też na schodach, po których wchodzą gwiazdy. Widzieliśmy znajdujący się niedaleko Hotel Roosevelta - miejsce, w którym nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej wręczane były dawniej, Alei Zachodzącego Słońca i na słynnym wzgórzu Beverly Hills. To ostatnie miejsce słynie z tego, że mieszkają tu najwięksi z branży filmowej i muzycznej. My właśnie tam w snobistycznej dzielnicy Rodeo Ride wybraliśmy się na krótki spacer po niej. W miejscu tym tak, jak w Nowym Jorku na Fifth Avenue najwięksi kreatorzy mody po prostu muszą mieć swoje sklepy.
Po zobaczeniu tego miejsca, które nazywane jest "targowiskiem próżności", pojechaliśmy na krótki odpoczynek na Bulwar Santa Monica, aby ochłodzić się i popływać w ciepłych wodach Pacyfiku. Po drodze mijaliśmy najelegantsze budynki w Los Angeles: wysokie zbudowane ze szkła drapacze chmur, banki, ratusz - siedzibę władz miasta, Urząd Miasta, budynek sądu i policji, w którym, co ciekawe, był nagrywany film "Gliniarz z Beverly Hills", świątynie Mormonów. Przejeżdżaliśmy koło budynków, w których swoją siedzibę mają takie wytwornie filmowe, jak np. CBS i nowoczesny, robiący na wszystkich wielkie wrażenie budynek Walt Disney Pictures. Wspaniałe hotele, wśród, których stoi należący do Sułtana Brunei "Hilton", oraz halę, gdzie gra jeden z najlepszych zespołów koszykarskich - Los Angeles Lakers.
Tak oto dojechaliśmy do Santa Monica i po wspomnianym wyżej odpoczynku pojechaliśmy do najstarszej dzielnicy w mieście. Zabudowania na niej pochodzą jeszcze z XVIII wieku. Znajduje się tam Kościółek i misja, która przetrwała do dziś. Jest tam też targ Meksykanów, których liczba w tym rejonie ulega bardzo szybkiemu powiększeniu. W ten oto sposób zakończyliśmy naszą przygodę ze stolicą światowego kina. Naszym kolejnym przystankiem było Las Vegas - światowa stolica hazardu, gier i kasyn. Tej nocy to właśnie tam przeżywaliśmy przygody.
Trzeba szczerze przyznać, że to miasto na pustyni robi wielkie wrażenie a budynki, w których mieszczą się kasyna to coś niesamowitego. Ilość pieniędzy, jaka się tam znajduje jest po prostu niewyobrażalna. Najbardziej efektowne kasyna to te, które swym wyglądem przypominają całe miasta - zaliczają się do nich na pewno: Nowy York - Nowy York, Paris, Wenezzia z Pałacem Dożów i Kanałem La Grande. Cudowne też są: Excalibur, Pałac Sułtana. Kasyno ma tu nawet wytwórnia filmowa MGM i buduje je Donald Trump.
Odbywają się koncerty największych gwiazd, przedstawienia oraz pokazy cyrkowe. Miasto żyje nocą, która wcale nie jest tam ciemna. Nie pozwala na to mnogość świateł i neonów, które mienią się wszystkimi kolorami. Co ważne, to tylko tam w Nevadzie, hazard jest legalnym w całym stanie. W innych miejscach kasyna można otwierać tylko na statkach i w niektórych miejscach Indianie. Trzeba też dodać, że w Vegas uśmiechnęło się szczęście do kilku osób z naszej wycieczki. Do Las Vegas, o którym się mówi tak, jak wcześniej napisałam, że jest miastem na pustyni jechaliśmy przez Pustynie Mojave (Mohave). Znajduje się tutaj tzw. "Dolina śmierci", w której są najwyższe temperatury. Jest to zarazem największa naturalna depresja - 86 metrów poniżej poziomu morza. W rejonie znajduje się też jezioro o nazwie "Bad water" czyli "Zła woda". Woda, która się w nim znajduje, nie nadaje się do picia. Pustynię zamieszkują między innymi: grzechotniki, pająki tarantule, skorpiony i inne skorupiaki. My oglądaliśmy na niej coś innego - kaktusy o nazwie drzewa Jozuego. W ten właśnie sposób wyglądała nasza przygoda w tym pięknym i dzikim miejscu. Kolejnym punktem na naszej drodze po bardzo krótkiej nocy był Grand Canyon - najsłynniejszy i największy kanion na świecie, który został stworzony przez rzekę Colorado, erozję skalną i ruchy skorupy ziemskiej przez miliardy lat.
Najstarsze skały, z których jest on zbudowany, mają 2 mld lat i pochodzą z ery prekambryjskiej. Jego długość to 270 mil (450 km), głębokość waha się od 1600 do 1700 metrów, licząc od krawędzi do wnętrza. Zimą w kanionie śnieg, a wejść do jego środka można piechotą lub jadąc mułem. W Kanionie dawniej mieszkali Indianie Anastazi. My, zanim zaczęliśmy zwiedzać Kanion, obejrzeliśmy o nim w kinie film. Po projekcji część osób, w tym ja, skorzystaliśmy z takiej możliwości i zdecydowaliśmy się na lot helikopterem nad Kanionem. Zanim jednak weszliśmy na jego pokład, przeszliśmy krótkie szkolenie na temat tego, jak zachować bezpieczeństwo w czasie lotu.
W ten sposób podziwialiśmy ten wspaniały cud natury z "lotu ptaka". Później po naszym wylądowaniu juz cała wycieczka udała się na podziwianie Grand Canyonu z 2 punktów widokowych. Przy drugim weszliśmy też do pewnej wieży, w której podobno przebywał słynny wódz indiański Dżeronimo. Chwile te pozostaną w mojej i naszej pamięci na zawsze, są one niezapomniane i niepowtarzalne.
Na noc przyjechaliśmy do hotelu, który znajduje się na terenie rezerwatu dla Indian. Po przybyciu na miejsce i rozpakowaniu się cześć osób zapaliła ognisko, przy którym siedzieliśmy do późnych godzin nocnych. Następnego dnia, który był niestety ostatnim dniem zwiedzania, zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy do Parku Monument Valley, który jest westernową doliną. To tutaj nakręcono ogromną większość westernów, a wśród nich należące do klasyki tego gatunku "Rio Bravo" i "Biały Kanion". To też w tych miejscach, gdzie skały nie przypominają skał, tylko rzeźby wyrzeźbione przez naturę, a dzielnym obrońcą prawa i porządku na Dzikim Zachodzie był John Wayne. Jest to wspaniała, dzika dolina. Tam przez te tereny jeździliśmy samochodami terenowymi. Następnie przyjechaliśmy do kolejnego Parku Narodowego - Parku Arches.
Znajdują się w nim wyrzeźbione w piaskowcu dochodzące do 1500 metrów wspaniale twory natury. Najsłynniejsze z nich to: "Meksykański Kapelusz", "Sąd" "Trzech Króli" oraz "Ogród Bogów". Mnogość łuków skalnych oraz okien, które natura stworzyła w skałach, jest urzekająca. Na tych terenach 500 - 600 mln lat temu było potężne morze. Było to ostatnie miejsce zwiedzane przez nas przed powrotem. Po zwiedzeniu Parku Łuków - bowiem i taką nosi on nazwę, pojechaliśmy do Denver w stanie Colorado w Górach Skalistych na nocleg. Jadąc tam, przejeżdżaliśmy między miedzy innymi przez sławne Aspen, do którego zimą na narty przyjeżdżają najsłynniejsi aktorzy i muzycy.
Rankiem po śniadaniu zaczęliśmy powrotna podroż do Chicago. Jadąc do domu, przejeżdżaliśmy przez takie stany, jak: Colorado, Nebraska, Iowa do Illinois. Wracając, przejechaliśmy też przez rzekę Rio Grande, która w swojej początkowej części na południu Stanów Zjednoczonych stanowi naturalną granicę z Meksykiem. W sumie przejechaliśmy ponad 5700 mil. Cała wycieczka minęła w milej i przyjaznej atmosferze, która była niemal rodzinna. Zostały również zawarte na niej przyjaźnie, które miejmy nadzieje, że przetrwają. Pogoda również dopisała.
To, co zobaczyłam przez te 10 dni przeszło moje największe oczekiwania. Ten czas był dla mnie prawdziwą wielką przygodą. Chwile te będą dla mnie niezapomniane i pozostaną w mej pamięci na zawsze.
Patrząc i obserwując to wszystko, co zobaczyliśmy - a zwłaszcza parki narodowe, Grand Canyon i olbrzymie góry, nasunęła mi się pewną refleksję: natura i przyroda są naprawdę wielkie i to nie tylko w sensie swej postury. Przyroda i natura są piękne i wspaniale, a zarazem tym wszystkim przerażają. Zwyciężą one wszystko: pożar, powódź, trzęsienie ziemi i zawsze przyroda się odrodzi. Zrobi to w innej postaci, ale przeżyje wszystko. Nie zrobi tego jutro, za tydzień, czy rok, ale zawsze nawet po milionach, miliardach lat. W przyszłości to inni turyści będą podążali tymi szlakami, co my przez te 10 dni i będą podziwiali to, co my teraz, ale już inne, odrodzone w innej postaci. Przyroda zawsze zwycięży i przeżyje. Jej siła i chęć życia jest wprost niewyobrażalna. Zawsze zwycięża i tym właśnie rożni się od nas, ludzi...



Komentarze









